Prawie, bo jeszcze nie wiem, czy będę musiała poprawiać jeden, czy dwa przedmioty w przyszłym semestrze.
Ale i tak jest mi o wiele lżej. Bałam się, że nie dam rady dostać się na następny semestr.
Jakoś tak nie umiem podchodzić do egzaminów, żeby je zdać bezproblemowo. Za każdym razem nabywam doświadczenia typu: "gdybym od razu (...), zaliczyła bym w pierwszym terminie". I coraz więcej takich mądrości zbieram, ale i tak wciąż mam problemy...
Ta mała, kichająca panda całkiem przypomina mojego kota.
W niedzielę o 08:07 wybudował się Cud świata. Byłam przy tym. Ostatnie dwa tygodnie siedziałam na tym cudaku prawie non stop. Pech, że też to musiało wypaść akurat, kiedy mam sesję. Serwer się skończył. Poczułam ogromną ulgę, ale też smutek. Przez rok grałam i rozmawiałam z tymi ludźmi. Będzie mi niektórych bardzo brakowało. (Niektórych za to wcale.)
Chciałam, żeby ten serwer zakończył się na wesoło a nie tak jak wszystkie - rywalizacją i wzajemną niechęcią. Najpierw sprowokowałam zwiedzanie cudaków włączając w to cudaki naszych wrogów. A potem rejestrację naszych graczy na forum naszych przeciwników i na odwrót.
A teraz czas wrócić do siebie i odrobić zaległości. Muszę koniecznie pozaliczać w terminach poprawkowych.
I nie mogę sobie pomóc, znowu myślę o tym, żeby sobie jeszcze zagrać gdzieś. Travian to nałóg. Nie z powodu samej gry, ale z powodu ludzi. W końcu jak z kimś się gra cały rok w jednej drużynie...
Dostałam ofertę naszych przeciwników. Z naszej drużyny zainteresowały ich tylko trzy osoby (z 300). W tym właśnie ja. Sama nie wiem czemu wybrali akurat mnie. Nie ukrywam, że mnie to cieszy. Fajnie jest być docenionym. Nawet przez rywali. A może tym bardziej?
Jeszcze nie wiem, jak zdecyduję. Na razie postaram się skoncentrować na tym, żeby dostać się na następny semestr.
Gdybym miała indiańskie imię brzmiało by ono pewnie... Ociekająca Smarkami.
Rozchorowałam się na dobre.
Do Wrocławia wróciłam o dzień później, niż planowałam, bo wszystko tak okropnie mnie bolało, że nie ledwo z miasta do domu się dowlokłam. Nie było szans, żeby w takim stanie wykonać podróż. Nafaszerowałam się wszystkim, co znalazłam w apteczce mojego brata i dziś wprawdzie nie czułam się najlepiej, ale przynajmniej miałam siłę wrócić.
Zjadło mi to jeden dzień. To będzie ciężka do zaliczenia sesja. Dwa dni na napisanie trzech programów z Javy.
A tak sobie obiecywałam, że się będę uczyć na bieżąco a nie tylko przed sesją...
Od kilku lat sylwester należy do najmniej udanych dni w roku. Są smutne, zapłakane, pełne głupich kłótni. Tegoroczny też nie jest wyjątkiem. Od rana trzyma się nas pech i nic nam nie wyszło z tego, co mieliśmy zaplanowane.
A zły humor trzyma się od wczorajszego wieczoru, który to zakończyliśmy bardzo nieudaną wizytą u cioci.
Jak wrócę do Wrocławia, muszę do niej napisać. Tylko jeszcze nie wiem jak. Powiedziałam jej to w delikatnych aluzjach, powiedziałam w prost, powtarzałam przy różnych okazjach a do niej nie dociera. Albo po prostu nie chce tego zaakceptować.
W sumie to takie dość symboliczne. Nieudane sylwestry po nieudanych latach.
Czy w przyszłym roku będzie lepiej?
Co ja zrobiłam takiego strasznego, że mnie skazano na słuchanie kolęd w stylu disco-polo?
Walizka spakowana, kot też. Pociąg za godzinę.
A na poprawę humoru:
Nie lubię świąt, nie lubię prezentów na gwiazdkę.
Nie cierpię zakupów w okresie świątecznym, kiedy w sklepach do znużenia wciąż w kółko grają te same kolędy tak długo, że tracą swój sens. Nie cierpię przedzieranie się wąskimi uliczkami sklepowymi pomiędzy wózkami wyładowanymi do granic możliwości. Ciekawe, jaką nośność mają te sklepowe wózki.
Oczywiście jakimś dziwnym sposobem wszystkie te wózki zawsze stają w kolejce do kasy tuż przede mną.
W tych wąskich uliczkach pojawiają się dodatkowe stoiska z artykułami w przedświątecznej przecenie, oraz dekoracjami typu choinka etc.
Wyprawa na zakupy coraz bardziej przypomina tor przeszkód i walkę o przeżycie.
W sobotę na ćwiczeniach z angielskiego był temat o jedzeniu i zdrowym odżywianiu. W pewnej chwili za zadanie mieliśmy napisać na kartce wszystko, co spożyliśmy dnia poprzedniego, a reszta miała wypowiadać się na temat oceny pod względem zdrowego odżywiania się.
Czułam się niezręcznie i nie mogłam się zdecydować, czy zmyślić sobie coś, czy powiedzieć prawdę.
A prawda wyglądała mniej więcej tak:
Śniadanie - czekoladowy mikołaj, którego mi ciocia wysłała w paczce.
Obiadu nie było, kolacji też.
A na imprezie wódka z sokiem pomarańczowym, wściekłe psy i kamikadze.
Ciężko to podciągnąć pod zdrowe odżywianie się.
Na szczęście tym razem mnie nie wywołano, więc mogłam to zachować dla siebie.
W piątek wieczorem poszłam na imprezę. Całkiem fajnie było, choć te polskie imprezy inne są od tych, na jakie kiedyś chodziłam od czasu do czasu.
Wracałam przez miasto na piechotę - przez rynek w kierunku dworca, żeby złapać nocny autobus.
Ulica oświetlona świątecznymi lampkami, ale atmosfera nie była świąteczna. Była nadzwyczajna. Cisza - jedna z tych, kiedy kroki rozbrzmiewają głośnym echem, nawet kiedy ma się buty z płaskim obcasem i miękką podeszwą.
Raz po raz wyprzedzałam ludzi, niektórzy lekko wstawieni (podobnie jak ja), inni zataczający się, otępieni. A wszyscy w milczącym porozumieniu.
Na Świdnickiej zbiegłam po schodach do podziemnego przejścia i wtedy zobaczyłam zdjęcie, którego nigdy nie było.
Boczne schody, brudne i słabo oświetlone, ściany podrapane i porysowane, a na schodach porzucona leżała czerwona róża.
Długo tam stałam patrząc i próbując uwiecznić ten obraz. Byłam zła na siebie, że nie zabrałam ze sobą aparatu, okropnie mi było żal. Stałam tam i patrzyłam.
Wiedziałam, że nigdy więcej tego nie zobaczę. Nawet jeśli zobaczyłabym inną różę, na innych schodach porzuconą. Tej atmosfery nie da się odtworzyć.
Leżała tam milcząca a przy tym taka wymowna.
Stwarzała tyle pytań, miała swoją historię i tajemnicę, była ucieleśnieniem uczuć, które ktoś zostawił na schodach.
Żółtobrązowe, długie i wąskie liście, które do niej przywiązały ręce kwiaciarki, kiedy jeszcze były zielone, boleśnie przypominały o przeznaczeniu, jakie ją czeka, ale ona jeszcze nie dała tego po sobie poznać.
Czerwona, piękna, umierająca.
Uda wam się przejść za pierwszym razem?
Od półtora roku mieszkamy w Polsce. Pod względem żywności Polska w sumie niewiele różni się od Czech.
Największą różnicą jest cena piwa. No i brakuje nam tu wiele produktów, niepowtarzalnych swoim smakiem, lub jakością, więc przy każdej wizycie w Czechach robimy zakupy, ale to nie to samo, jak mieć możliwość iść do sklepu i kupić, kiedy ma się na to ochotę.
Czasami udaje się niektóry produkt zastąpić jakimś innym, bardzo podobnym, niestety nie zdarza się to zbyt często.
Bardzo lubię jogurty Ehrmana o dwóch smakach: Stracciatella i Marcepan z makiem.

Dzisiaj odkryłam w Lidlu jogurty firmy Yogosan. Jest Stracciatella. Prawie tak samo smaczna. Może nie zupełnie taka sama, ale jest.
Tej samej firmy jest jeszcze jogurt o smaku kawowym. Nieufnie kupiłam jeden i muszę powiedzieć, że warto było spróbować.
Niestety marcepanowego z makiem chyba mi się w Polsce nie uda kupić. Niedługo pojadę na święta do Czech. Już wiem, co sobie kupię w pierwszej kolejności.
Byłam kiedyś na szkoleniu pierwszej pomocy, gdzie uczono nas używać wszystko, co znajdziemy pod ręką. Pamiętam, że użyłam wtedy woreczka śniadaniowego do tamowania krwi oraz przy opatrunku wystającego żebra, żeby umożliwić choć częściowo oddychanie (pneumotorax).
Poza tym woreczkiem można zabezpieczyć przed brudem różne odcięte kończyny, przetransportować wodę z jakiejś rzeczki (biorąc pod u
wagę czystość wody w rzekach raczej nie zalecam, ale jak sytuacja kryzysowa...).
Ludzie w gruncie rzeczy bywają pomysłowi i można nie raz spotkać bardzo innowacyjne wykorzystanie zwykłych przedmiotów.
Kilka dni temu znajoma opowiedziała mi historię o dwóch gimnazjalistach, którzy zapałali do siebie uczuciem tak namiętnym, że postanowili od razu skonsumować swój związek i w tym celu udali się do szkolnej toalety.
Na szczęście w dzisiejszych czasach młodzież jest uświadomiona w takich podstawowych kwestiach jak np. skąd biorą się dzieci i jak ważna jest antykoncepcja. Postanowili więc zabezpieczyć się, a że akurat nie mieli pod ręką nic innego, to postanowili użyć... woreczka po kanapkach.
Robili przy tym tyle hałasu, że zostali przyłapani przez pedagoga więc (przypuszczam) nie mieli okazji się przekonać o skuteczności takiego zabezpieczenia.
Jaki jest morał tej historii?
Zawsze warto mieć przy sobie woreczek śniadaniowy!
Od ponad dwóch miesięcy nie śpię nocami. Zazwyczaj pomiędzy pierwszą a piątą nad ranem zajęta jestem rozmową. To w sumie jedyny czas, kiedy mogę z nim rozmawiać. A te rozmowy są jak nałóg i nie potrafię z nich zrezygnować.
Problem pojawia się, kiedy np. trzeba iść do szkoły. Po nieprzespanych nocach naprawdę ciężko jest nie zasypiać na zajęciach.
Z wielu powodów powinnam przestawić się z powrotem na dzienny tryb życia, ale nawet jak próbuję, to nie bardzo mi to wychodzi. Czasami udaje mi się zasnąć wieczorem po 19, ale kiedy zbliża się pierwsza nad ranem - budzę się. Nawet bez budzika.
Karel Plíhal - Nagasaki, Hirošima
Jest go tyle, co nic, ale już mnie kusi, żeby zrobić tradycyjnego bałwanka z pierwszego śniegu.
Zimno jak cholera. Staramy się oszczędzać trochę na rachunkach za prąd, więc postanowiliśmy zacząć grzać dopiero w grudniu, jak już chłód będzie nie do zniesienia (a w tym mieszkaniu bywa czasem chłodniej niż na zewnątrz).
Dobrze, że chociaż mam tego kota, który tak bezczelnie lubi i się wpychać na kolana. Zawsze to kawał futra, które dodatkowo grzeje.
Ale nie obiecuję, że na długo. Takie obietnice nigdy u mnie nie działały. Jest kilka rzeczy, które chciała bym napisać, zdjęć, które chciała bym pokazać. Wszystko inne pozostaje niewiadomą.
I długo jej nie było, bo śniła snem niemal wiecznym.
Mi się zdarza czasami gubić się we własnym życiu, we własnej osobie. Miałam jednego rycerza, który nie dawał mi spać i co jakiś czas dokładał wszelkich sił, żeby mnie obudzić. Byłam mu za to wdzięczna. Nie wiem, czy kiedykolwiek mu to powiedziałam, ale strasznie mi to pomagało, że zawsze jest. Jak każdy dzielny rycerz niestrudzenie wciąż od nowa szukał mnie, ile razy zdarzyło mi się gdzieś zgubić.
Ale życie to nie bajka.
Rycerz się zmęczył (i wcale mu się nie dziwię) i od kilku miesięcy się nie odezwał. A ja nie miałam siły. Zamknęłam się w sobie na cztery spusty i było mi źle, że jestem sama. (Logika godna pożałowania, nie ma co...)
Od kilku dni codziennie myślę o nim i myślę sobie, że w końcu on tyle razy robił ten pierwszy krok w moim kierunku, że teraz chyba nadszedł czas, żebym ten krok zrobiła sama.
Po raz pierwszy od wielu miesięcy. Krok w kierunku ludzi.
...mi internet. Czuję się, jakby wepchnięto mnie do szuflady i zamknięto na klucz. Jest mi źle :/
Mam straszne zaległości praktycznie we wszystkim.
W szkole, w domu, w pracy i w życiu prywatnym.
Kompletnie nie nadążam. Już ponad dwa miesiące temu obiecałam komuś napisać email. I ciągle jakoś nie wychodzi. Już czwarty miesiąc moja przyjaciółka czeka, aż zrobię sobie czas na przeinstalowanie komputera. Lista rzeczy, ktore miały być zrobione najpóźniej w zeszłym miesiącu jest niemiłosiernie długa i wciąż się powiększa.
Swoją drogą ciekawe ile mnie dzieli od kompletnego załamania nerwowego.
Było tego tak wiele o czym chciałam napisać, ale nie miałam czasu. Być może po tej notce pojawi się kilka opóźnionych notek, ale obiecywać nie będę, bo mogę nie mieć casu się za to zabrać.
Czy to nie straszne - nie mieć czasu nawet porządnie się wyżalić? ;]
To był bardzo męczący dzień.
Najpierw postanowiłam załatwić czeskie urzędy. Poszłam więc na UP wyrejestrować się. Potem na Urząd Socjalny zgłosić zmiany. Dziwne było, że musiałam wypełnić dwa wnioski: jeden z prośbą o datki a drugi o zniesienie tego pierwszego. Ale nawet to już mnie nie dziwi... Potem wskoczyłam do biura konkurencyjnej ubezpieczalni (bo moja niestety ma biuro zupełnie w innym mieście) gdzie też otrzymałam szereg zaprzeczających sobie informacji. Potem półtora godziny rozmowy telefonicznej z moją ubezpieczalnią, żeby ustalić co wszystko mam im wysłać i co jak załatwić. (Padł cały mój kredyt i część kredytu mojego brata a na domiar złego dowiedziałam się, że mam tam jakieś długi do spłacenia.) Ech...
Pora na polskie urzędy. Wprawdzie nic jeszcze nie chcę załatwiać - potrzebne są mi przede wszystkim informacje (co, jak kiedy i gdzie). Najpierw poszłam na UP, gdzie nikt nic nie wiedział i w końcu odesłano mnie do sekretariatu Sądu Rejonowego, tam przekierowano mnie na Wydział Pracy Sądu Rejonowego, gdzie otrzymałam szczegółowe informacje na temat tego, jak trafić na Urząd skarbowy i do ZUSu.
Na Urzędzie Skarbowym dowiedziałam się tyle, że potrzebuję polski NIP i dostałam zielone formularze do wypełnienia i wysłać je mam do Katowic. W ZUSie najciekawsze, co się dowiedziałam, było to, że każdy pracodawca powinien mi płacić ubezpieczenie zdrowotne a społeczne tylko jeden z nich i to do mnie zależy decyzja który. Niestety nic nie dowiedziałam się na temat formularzy E105, E106, E108, E301 i E314 i w tej sprawie zostałam skierowana do biura NFZ, ale nie zdążyłam, bo krótkie mają godziny otwarcia. Tak więc kwestia ubezpieczenia ciągle pozostaje dla mne zagadką, zwłaszcza, że jeden pracodawca twierdzi, że nie musi mi płacić żadnych świadczeń, ponieważ jestem studentką zaoczną w Polsce, więc ubezpieczenie zdrowotne płaci mi budżet RP.
Choć ja trochę temu nie dowierzam. Tak więc muszę jeszcze raz pójść do ZUSu, NFZ i urzędu Skarbowego. Zastanawiam się też, żeby napisać do czeskiej ambasady pytanie, jak to właściwie jest z tą pracą i ubezpieczeniem.
Dzień ten był paskudnie męczący i do tego kompletnie przemoczyłam buty :/
Nie znoszę 'ultraortodoksyjnych linuksiarzy', którzy strasznie wrzeszczą, jaki ten Microsoft jest zły a każdy, kto lubi ich produkty jest głupi... (Nie będę tego tu przytaczać - w internecie jest tego wystarczająco dużo...)
Najbardziej mnie fascynują rozmowy na temat MSO vs OO. Jakże często okazywało się, że ci, którzy tak strasznie potępiali MSO nie umieli wykorzystywać funkcji bardziej zaawansowanych niż 'Suma' w Excelu ew. Calcu. (A wg. mnie Excel nie ma sobie równego.)
Rozmowy te mają jedną wspólną cechę - często brakuje konkretnych powodów. Ostatnio czytając kilka starych wątków na Coders' city znalazłam wypowiedź na temat firmy z Redmont, która mi się spodobała:
Wracam!
Tylko że teraz tak trochę bardziej samodzielnie...
Specjalne podziękowania dla wojchana za szablonik, który stworzył specjalnie na moje potrzeby :)
To miejsce jest dla mnie szczególnie wyjątkowe. I szkoda, że tak jakoś się zlożylo, że zabrakło czasu i sił, żeby pisać i żeby tu wracać.
Nie jestem pewna, czy to miejsce też wkrótce nie stanie się równie puste i smutne(?)
Zobaczymy...
Co ja zrobiłam takiego strasznego, że mnie skazano na słuchanie kolęd w stylu disco-polo?
Ale nie obiecuję, że na długo. Takie obietnice nigdy u mnie nie działały. Jest kilka rzeczy, które chciała bym napisać, zdjęć, które chciała bym pokazać. Wszystko inne pozostaje niewiadomą.
...mi internet. Czuję się, jakby wepchnięto mnie do szuflady i zamknięto na klucz. Jest mi źle :/
Herbatę można pić na wiele sposobów. Np. z czytryną, z mlekiem...
A można też z Pepsi. Ja nie próbowałam wprawdzie tej kombinacji i tym oto wpisem pozdrawiam wojchana i objecuję, że więcej nie będę się śmiała ;P